Za oknem szary świt, trudno wstać.
Zerkam do kalendarza.
Planuję dzisiaj, planuję jutro.
Długi dzień przede mną.
Wypijam kubek gorącej herbaty.
Radio cichutko brzęczy swoje melodie.
Codzienność z tym stresem, z tym biegiem, z tą niepewnością.
Codzienność ze studiami, przypalonym obiadem i ramionami, w które mogę się wtulić.
Codzienność z marudzącym królikiem, z książką na kolanach, z głową pełną marzeń.
Czasem oddałabym ją komuś innemu.
Czasem nie zamieniłabym jej na żadną inną.
Topnieją śniegi, prawie z każdej strony kapią wielkie krople.
Z nieba czasami sypie biały puch.
Chodniki przypominają wielkie lodowiska.
Układam życie według nowej tabelki planu zajęć.
Wypożyczam mnóstwo mądrych książek na nowy semestr.
Kupuję ulubione notatniki i kolorowe pisaki.
Wychodzę rano i wracam wieczorem.
Pachnie nowością, nieznanym, ciekawością.
Jest inaczej.
Ostatni wolny dzień, moich krótkich ferii.
Nowa rzeczywistość jawi się w szarych barwach, opatulona niepewnością.
Znów wstaję wcześnie i znów witam za oknem półmrok.
I miliony chaotycznych myśli suną przez moją głowę.
I tysiące uczuć zalewają moją duszę.
Czasem tak trudno jest to wszystko uporządkować.
Słucham opowieści, tych którym w życiu nie wyszło.
W których jest tyle smutku.
Uczę się doceniać to co mam.
Kochać i tulić swoje chwile.
I żyć najlepiej jak potrafię.
Zaskakujące jak już późno przychodzi zmierzch.
Słodko - gorzki to był dzień.
Chłonę łagodność wieczoru.